Świat nie na sprzedaż
Blog > Komentarze do wpisu

Futbol: opowieści niesportowe (cz. I)

Zawsze był czymś więcej niż rywalizacją o sportowe trofea. Niektórzy sądzą, że jest lustrem, w którym może przeglądać się świat: różne jego bolączki, marzenia ludzi, mody, uprzedzenia, zagrożenia.


nieco dłuższa wersja tekstu, który ukazuje się w „Gazecie Wyborczej” 10-11 lipca 2010

 

Mówi się często – zakrawa to już na truizm – że dla niektórych społeczeństw futbol jest religią: w Brazylii, Argentynie, Hiszpanii, Portugalii, Anglii, Włoszech... O zasadność tej metafory pytałem kiedyś brazylijskiego socjologa i antropologa Mauricio Murada z Uniwersytetu Stanowego Rio de Janeiro, zajmującego się refleksją nad pozasportowymi znaczeniami i wpływami futbolu. Profesor przyznał, że w Brazylii futbol rzeczywiście ma wiele cech kultu religijnego i nie jest to przenośnia: masowość, ludowość, elementy adoracji zbliżają futbol do zjawisk stricte religijnych... Koszulki i flagi klubowe lub narodowe pełnią rolę świętych szat, relikwii, a opowieści o wielkich piłkarzach są jak żywoty świętych.

Na jednym z portali kibiców znalazłem jeszcze kilka innych przykładów „religijności” futbolu: fani niemieckiego klubu Schalke 04 pytani o wyznanie wpisywali „Schalke-Fan”; kibice Benfiki Lizbona określają stadion swojego klubu Estadio da Luz mianem Katedry, zaś „wyznawcy” Celtiku Glasgow nazywają swój – Rajem.

Urugwajski pisarz Eduardo Galeano w książczce poświęconej futbolowi opisywał quasi-religijne przedmeczowe rytuały praktykowane jeszcze nie do niedawna przez niektórych latynoskich piłkarzy, trenerów, działaczy: sypanie soli na połowę przeciwnika (na pohybel) i ryżu na swoją (na szczęście), palenie świeczek dobrym duchom, rzucanie kwiatów do morza (mające korzenie w religii candomble). Z północnego wschodu Brazylii wywodzą się praktyki złorzeczenia przeciwnikowi, które to złorzeczenia wspierają obrzędy właśnie candomble oraz umbandy – religii będących mieszaniną chrześcijaństwa i kultów afrykańskich. Czarowano bramki swoje i przeciwnika, boisko, piłkę, graczy...

Diego Maradona ma w Argentynie coś w rodzaju kościoła swoich wyznawców, co kapitalnie, z lekkim humorem pokazał w filmie dokumentalnym o słynnym piłkarzu bałkański reżyser Emir Kusturica („Maradona by Kusturica”).

Nazywanie futbolu religią ma też – zdaniem brazylijskiego socjologa – uzasadnienie, ponieważ futbol wzbudza w ludziach uczucia i zachowania podobne do tych, jakie budzi w nich wiara religijna: uwielbienie, oddanie, ekstazę.

Futbol bywa również drogą zbawienia, tu: zbawienia społecznego. Dla wielu chłopców ze slumsów Ameryki Łacińskiej kariera piłkarska to nieraz jedyna droga awansu, jaka przychodzi im do głowy, jedyna szansa wyrwania się z biedy. Futbol ucieleśnia marzenie o tym, że każdy – nawet najbiedniejszy – może. Pele, Garrincha, Maradona, Ronaldo... – lista biednych dzieci, które dzięki futbolowi, i tylko dzięki futbolowi, weszły na szczyt jest w tym regionie długa.

Czy ekstatyczność i masowość mogą być groźne? Tytuł słynnego reportażu Ryszarda Kapuścińskiego „Wojna futbolowa” zdaje się sugerować, że tak. To jednak nie futbol stał się przyczyną konfliktu zbrojnego między dwoma państwami. W istocie, jak pisze Kapuściński, mecz Hondurasu i Salwadoru był jedynie katalizatorem konflktu. Źródła wojny nie tkwiły w samym futbolu, tj, przegranej jednej z drużyn, ani nie w emocjach kibiców, lecz w migracjach, przeludnieniu, głodzie ziemi, braku pracy, niesprawiedliwych strukturach społecznych. Mecz był tylko iskrą, która przyspieszyła eksplozję.

Jest jednak coś niepokojącego w sytuacji, w której drużynę futbolową zaczyna się identyfikować z Narodem (koniecznie pisanym z wielkiej litery). Dodajmy do tego ludowe ekscesy, kibicowski szał, nakręcanie atmosfery przez środki masowego przekazu – i wybuch gotowy. Długoletni szef lewicowego „Le Monde Diplomatique” Ignacio Ramonet pisał, że w takich sytuacjach „futbol masowy zaspokaja deprawujące pragnienie starcia z wrogiem dla lepszego samookreślenia swej narodowej tożsamości”. „Wszystkie sporty masowe, a szczególnie futbol, w krajach, w których środki masowej komunikacji są pod kontrolą władzy, stwarzają okazję manipulowania kibicami w taki sposób, by [kibicując] manifestowali zarazem polityczne poglądy”.

Okazje takie wykorzystywali niejednokrotnie dla swoich celów politycznych dyktatorzy.

W czasie mistrzostw świata w 1934 roku Benito Mussolini wymagał od włoskich piłkarzy, żeby stali się „żołnierzami w służbie sprawy narodowej". I istotnie, Włosi rozgromili „wroga” – zdobyli puchar najlepszych na świecie.

Wzorem Mussoliniego, futbol wspierał Juna Peron w Argentynie. Jeden ze znanych klubów dostał od niego gigantyczną pożyczkę; a sam Peron i jego legendarna żona Evita zostali honorowymi członkami tegoż. Kibice i posłuszna reżimowi prasa nazywali Perona „pierwszym sportowcem świata”, jednak za jego rządów Argentyna nie wspięła się na szczyty futbolowych sukcesów.

Przywódca brazylijskiej junty generał Emilio Medici rozdawał w 1970 roku bony pieniężne mistrzowskiej drużynie Brazylii – na czele z legendarnym Pele – która rozgromiła w finale Włochów 4:1. Jeszcze przed mundialem Medici wymusił dymisję jednego z trenerów, który w przeszłości należał do partii komunistycznej. Triumf reprezentacji miał być sukcesem antykomunistycznego rządu wojskowego, a nie czerwonych wywrotowców.

Reżim brazylijskich generałów chętnie korzystał z ikony Pelego, a sam Pele spytany o niechęć generałów do rozpisania demokratycznych wyborów odrzekł przy jakiejś okazji, że Brazylijczycy są zbyt głupi, żeby wybierać swoich przedstawicieli. Po latach Pele został ministrem sportu w demokratycznym rządzie Fernanda Henrique Cardoso. Pele jest w Brazylii ikoną na wieki wieków, ale jako osobistości publicznej wielu Brazylijczyków po prostu go nie trawi: za arogancję, podlizywanie się władzy, durne deklaracje polityczne, nie zawsze czyste ręce.

Posłużyć się futbolem potrafił dyktator Argentyny gen. Jorge Videla, który wydał jedną dziesiątą budżetu państwa na zorganizowanie „mistrzostw pokoju”. Argentyński mundial w 1978 roku miał zmyć krew tysięcy ofiar z wizerunku junty. I rzeczywiście na pewien czas się udało: papież Paweł VI przesłał błogosławieństwo; specjalny gość imprezy Henry Kissinger oświadczył, że Argentyna „ma wielką przyszłość we wszystkich dziedzinach”; a prezydent FIFA Joao Havelange – że „świat wreszcie może ujrzeć prawdziwy wizerunek Argentyny”. Kapitan niemieckiej drużyny Berti Vogts zachwycał się ładem na ulicach i zapewniał, że nie ma tu żadnych więźniów sumienia. Na demonstrację zdobyli się tylko piłkarze Holandii: odbierając trofeum drugiej drużyny świata – przegrali w finale z Argentyną – nie pozdrowili rządzących generałów. W rocznicę zdobycia pucharu świata junta wezwała kibiców do świętowania na Placu Majowym, co miało zagłuszyć protesty rodzin zamordowanych i „znikniętych” (było ich w Argentynie w tamtym czasie około 30 tysięcy!).

Na włoskiej lewicy uważa się często, że współczesnym spadkobiercą latynoskich caudillos w wykorzystywaniu futbolu w polityce jest Silvio Berlusconi. Rzeczywiście, futbol był jedną z drabinek Berlusconiego na drodze do władzy. Gdy z magnata medialnego i sportowego przechodził do polityki stowarzyszenia kibiców AC Milan, którego był i nadal jest właścicielem, stały się pierwszymi zalążkami jego partii.

Franklin Foer, autor książki „Jak futbol wyjaśnia świat”, pisze: „Berlusconi tak niestrudzenie korzystał z futbolu, bo jego klub przynosił kolejne tytuły Ligi Mistrzów. Chciał zaszczepić w umysłach wyborców ideę, że jest zwycięzcą, gdy gospodarka ledwie zipiała i wszyscy politycy we Włoszech sprawiali wrażenie skorumpowanych przegranych. – Zrobimy z Włoch to, co z AC Milan – powtarzał. Wykorzystanie futbolu jako metafory społeczeństwa było doskonałym przykładem populizmu. Zyskał dzięki niemu język, który trafiał do niższej klasy średniej, przyszłego zaplecza politycznego partii. Podając powody kandydowania, mówił wyborcom: – Słyszałem, że gra staje się coraz bardziej niebezpieczna, gra się w strefie karnych, a środek boiska jest pusty i zapomniany.”

 

sobota, 10 lipca 2010, domoslawski

Zapraszam także do śledzenia mnie na Facebooku!

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: